Słońce wschodzi nad wulkanem Bromo


Jest 3 rano i zupełnie ciemno, dookoła czarna noc, ani śladu księżyca, niebo pozbawione gwiazd. Wąski strumień żółtego światła oświetla jadący przed nami samochód. Dokładnie widzę fragment czerwonej karoserii i tablicę rejestracyjną. Wielkie szerokie koła wzbijają kłęby kurzu, spod nich co chwilę tryskają kamienie. Czuję, że jedziemy ostro w górę. Silnik wyje złowrogo. W rytmie jego odgłosów podskakuję na niewygodnej, twardej ławce.

Odwracam się do tyłu i to co widzę pozostaje w mojej pamięci do dzisiaj.

Prambanam a potem pociągiem i samochodem przez Jawę.


Jest zupełnie ciemno, miasto jeszcze śpi. Wczoraj tak tłoczne dziś wydaje się bezludne, opuszczone przez ludzi, zwierzęta, motory i samochody. Do wschodu słońca zostały jeszcze dwie godziny. Idziemy w milczeniu, stukot kół naszych walizek odbija się echem między ciasnymi zabudowaniami wąskich uliczek starej dzielnicy Yogyakarty.

Yogyakarta i pałac wodny


Czasami niewiedza jest zbawienna. Tak właśnie to czuję, po prostu mniej mi żal. Zupełnie nie wiem co tracimy, nie wiem dlaczego tu jesteśmy i wcale nie chcę już tego wszystkiego wiedzieć.

Najdroższa kawa świata


Zdecydowanie za długo piliśmy tę kawę - tylko w ten sposób potrafię wytłumaczyć wszystko to co stało się później.
A stało się! Gdziekolwiek dotarliśmy wszędzie było już za późno, zamknięte, nie dla nas - mimo, że mieliśmy bilety wstępu i teoretycznie było jeszcze otwarte.

Cały misternie układany plan dnia na naszych oczach, powoli rozsypywał  się jak domek z kart.

Ale kawa!…. kawa była grzechu warta!

Borobodur - tu wszystko jest medytacją


- Zwiedzajcie i medytujcie, po to tu jesteście. Wszystko może być tutaj medytacją i zwiedzanie, i zachwyt, robienie zdjęć, chwile odpoczynku i zadumy, zmęczenie, trud i pokonywanie stromych schodów w równikowym upale. Temu służy to miejsce....

Jesteśmy w Borobodur, największej buddyjskiej świątyni na świecie. Nasz lokalny przewodnik zdołał nas już wprowadzić w tajemnice buddyzmu. Opowiedział też kilka ciekawostek z życia Buddy, przedstawił znaczenie i wyjątkowość świątyni Borobodur.

Borobodur - Co mówi do mnie Budda?


Stoimy na dziedzińcu przed wejściem do świątyni. Obok nas kręcą się kobiety sprzedające kapelusze. Wyglądają zabawnie w stosach czapek na głowie. Patrząc na nie trudno się nie uśmiechnąć, trudno też odmówić sobie przyjemności takiego zakupu. Syn nie zastanawia się długo i zdecydowanym ruchem wybiera jeden z kapeluszy. Jest wcześnie rano, a słońce już daje się mocno we znaki - nakrycia głowy wydają się konieczne…

Borobodur - 500 postaci Buddy, ponad 200 bez głów


Stoję w korytarzu najniższego tarasu świątyni Borobodur i słucham opowieści lokalnego przewodnika. Stąd budowla przypomina gigantyczną piramidę. Potężne bloki skalne układają się w korytarze i tarasy, im wyżej tym coraz mniejsze. Na szczycie widać ogromną stupę, wieńczącą całość jak korona. Świątynia spowita jest jeszcze lekką mgiełką ale już wyraźnie widać wszystkie kształty. Na tle kolorowej rzeki ludzi, wypełniającej korytarze i tarasy mieszają się kolory skał  - szary, żółty, brunatny i różowy.

Borobodur - największa buddyjska świątynia świata


Z lekkim rozbawieniem patrzę jak śpiewa i tańczy “Hakuna matata” - dziarski staruszek, szczerze uśmiechnięty, malutki, z wyraźnymi azjatyckim rysami twarzy. Jest pozytywnie nastawiony do wszystkiego i do wszystkich, bije od niego na odległość jakaś dobra energia - oto nasz lokalny przewodnik. On będzie oprowadzał nas po największej buddyjskiej świątyni świata.

Yogyakarta - wreszcie prawdziwa Azja!


Trzymam się grupy ale i tak ląduję sama na środku ulicy. Przejścia dla pieszych nic tu nie znaczą, a przechodzień jest najmniej ważnym uczestnikiem ruchu drogowego. Tu liczy się prawo silniejszego. Wszyscy używają klaksonów, kto głośniejszy ten ważniejszy. Czuję jak niewiele tu znaczę...

Singapur i 25 km pieszej wędrówki


Po krótkim odpoczynku i szybkim lunchu idziemy dalej. Zanim rozdzielimy się na dwie grupy - tych co chcą zobaczyć oceanarium i tych co wolą ogród botaniczny zwiedzamy jeszcze katedrę a później parlament. Tu wchodzimy na chwilę do jakiegoś darmowego muzeum, chcemy choć na moment skorzystać z dobrodziejstw klimatyzacji. Obok parlamentu widzę budynek sądu. W Singapurze za przemyt narkotyków grozi kara śmierci, nadal wymierza się tu kary cielesne i dotyczy to także obcokrajowców.

Singapur widziany z 56 piętra


Wcześnie rano wychodzimy z hotelu. Przy recepcji dowiaduję się, że niektórzy nie przespali nocy. Zmieniali pokoje z powodu gniazda niezidentyfikowanych robali w poduszkach, inni z powodu kałuży wody z cieknącej klimatyzacji.
 Nasz, brzydki pokój na szczęście nie okazał się żadną pułapką a podobno górne piętro hotelu, gdzie są odnowione pokoje, to zupełnie inna bajka...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...