Polecany post

W podróży używam kolorowych kredek, farbek i kleju

W podróży używam kolorych kredek, farbek i kleju. Cofam się w czasie, pozwalam sobie znów bywać małą dziewczynką......

Azulejos i błogosławione domowe kawiarnie co ratują nas przed chłodem.



Zmarznięci wchodzimy do najbliższej kawiarni. Jest malutka, zrobiona z mieszkania i dzięki temu można się poczuć tutaj jak w domu. Jestem zachwycona bo jeszcze chwilę wcześniej marzyłam przecież o domowym ciepełku. W środku prawie pusto, oprócz jednego stolika wszystkie miejsca są wolne. Rozglądam się dookoła. Bardzo mi się tu podoba. Przestrzeń mieszkania wypełniają malutkie stoliki, krzesła, fotele, kanapa, różnokolorowe serwety, obrazki na ścianach, na regale książki, zabawki, gry planszowe.
Można milo spędzić czas i rozgrzać się wreszcie. Zamawiam herbatę i grappę z miodem, do tego domowy serniczek.




Jest mi dobrze i wreszcie ciepło, a za oknem wiatr wieje coraz mocniej, robi się ciemno, zaczyna padać deszcz. Czekamy aż pogoda się poprawi. Zamawiam kolejną herbatę tym razem z dodatkiem whisky. Przesiadam się na wygodny fotel, zamykam oczy i słucham opowieści o Urugwaju....
To spokojny kraj, żyje się tu stabilnie i raczej dostatnio. Źródłem dochodu mieszkańców jest turystyka, rolnictwo, hodowla bydła. 80% powierzchni kraju zajmują pastwiska i pola uprawne. Urugwaj jest cenionym eksporterem wołowiny. Nie ma tu gór, najwyższe wzniesienie ma 500m npm. Przy styku La Platy z Oceanem Atlantyckim jest półwysep podobny do Helu. Są tam piękne plaże. Miejsce to jest chętnie odwiedzane przez turystów.




Ciekawostką jest, że w Urugwaju była kiedyś bardzo liczna Polonia. Obecnie szacuje się, że mieszka tu około kilka tysięcy obywateli pochodzenia polskiego. Pierwsza fala emigracji pochodziła z okresu międzywojennego, wtedy w północnej części kraju osiedlali się Polacy zmuszeni do ucieczki po przewrocie majowym. Było ich tak wielu w tym malutkim kraju, że stanowili dosyć znaczącą grupę społeczną. Na terenie gdzie mieszkali podobno ustanowiono wtedy język polski drugim językiem urzędowym...


Na dworze przestaje padać i trochę się przejaśnia. Decydujemy się na dalszy spacer. Idziemy wąskimi uliczkami. Na ścianach domów widzę charakterystyczne kafelki z numerem albo nazwą ulicy, instytucji, podobizną świętego. To azulejos, cześć tradycji ozdabiania domów.





Z przyjemnością patrzę na stare samochody.




 Oglądam urocze sklepiki z rękodziełem i witryny sklepów z pamiątkami. Sierpień to nie jest wysoki sezon turystyczny, niestety część z nich jest zamkniętych.




Większość sprzedawanych tu pamiątek nawiązuje do stylu malarskiego znanego tu artysty -Torres Garcia rozsławił piękno tego miasta. Jego obrazy są bardzo kolorowe, trochę schematyczne, jakby dziecinne, nawiązują do tego co wyróżnia Colonia del Sacramento.




Robię zdjęcia i w wolnej chwili przerysowuję je do Pamiętniczka, to całkiem łatwe :)




Dochodzimy do Plaza de Armas, na krótką chwilę wchodzę do katedry. Nie daję rady jednak przebywać długo w zimnym kościele. Wychodząc znowu marzę o czymś rozgrzewającym.


Nadchodzi pora lunchu, jesteśmy już głodni. Wybieramy restaurację z kolorowymi obrusami w wielkie grochy. Po rozgrzewającej herbacie powoli dochodzę do siebie. Zamawiam cewiche i białe wino. Jedzenie jest dobre, ryby i owoce morza świeże, salsa pysznie doprawiona, w sam raz ostra. Miło spędzamy czas i nie wychodzimy już stąd, aż do końca wycieczki.




Najedzeni i rozgrzani idziemy wprost do portu. Pogoda się trochę poprawiła, niebo jest jakby jaśniejsze, mimo wszystko z obawą patrzę na wzburzoną wodę.


Wyglądam przez okienko statku,  którym płyniemy, w oczach rośnie mi Buenos Aires....  już niedaleko…. Bezpiecznie docieramy do portu i hotelu.


Jeszcze tego samego dnia umawiamy się na pożegnalna kolację. Jutro ostatni dzień i powrót do domu…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...