Wreszcie dochodzimy do placu Durbar. W rytmie naszych kroków powoli znikają lokalne sklepiki i uliczne stragany. Ich miejsca zajmują sklepy z pamiątkami. Wąskie uliczki płynnie przechodzą w szerokie place. Jak grzyby po deszczu coraz liczniej wyrastają przed naszymi oczami hinduskie pagody i buddyjskie stupy.
Przy kapliczkach, przed wizerunkami bogów i bogiń, pod kamiennymi postaciami wprost z Ramajany gromadzą się ludzie. Zapalają świece, kadzidła, wieszają pomarańczowe korale z kwiatów. Powietrze wypełnia charakterystyczna won kadzidełek a ciepłe światło zapalonych świec przyjemnie rozjaśnia twarze.
W samym centrum placu Durbar odnajdujemy Informację Turystyczną. Kupujemy bilet wstępu i wyrabiamy sobie specjalne legitymacje ze zdjęciem, dzięki czemu będziemy mogli bez dodatkowych opłat zwiedzać wszystkie tutejsze świątynie do końca naszego pobytu w Nepalu. Już wiem, że jeden dzień spędzony tutaj to za mało, chętnie wrócę nawet kilka razy.
Durbar to serce Katmandu, najstarsza część miasta, siedziba władców, pełna pamiątek, zabytkowych świątyń i placów. Większość tutejszych budowli zbudowano w XVI i XVII wieku, ale są i starsze. Durbar to duma Nepalczyków, miejsce ku któremu zmierza każdy turysta przebywający w stolicy.
Trzęsienie ziemi, które nawiedziło Nepal ledwie 1,5 roku temu zniszczyło wiele z tutejszych zabytków. Nie zdołano ich jeszcze odbudować. Na to potrzeba czasu. Ledwie uprzątnięto zalegający gruz, odblokowano ulice, zrobiono przejścia dla mieszkańców i odwiedzających turystów.
Z niektórych budowli nie zostało zupełnie nic, inne w ocalałych fragmentach są teraz otoczone prowizorycznymi płotami z informacją o zakazie wstępu. Te, które najmniej ucierpiały stoją obecnie wsparte o rusztowania i ogromne drewniane podpory. Ze smutkiem patrzę na ślady kataklizmu.
Durbar zmienił się ale Nepalczycy wierzą, że będzie piękny jak dawniej...
Serce Katmandu krwawi a rany są wciąż żywe, choć miejscami porosły już trawą….
Trzęsienie ziemi, które nawiedziło Nepal ledwie 1,5 roku temu zniszczyło wiele z tutejszych zabytków. Nie zdołano ich jeszcze odbudować. Na to potrzeba czasu. Ledwie uprzątnięto zalegający gruz, odblokowano ulice, zrobiono przejścia dla mieszkańców i odwiedzających turystów.
Z niektórych budowli nie zostało zupełnie nic, inne w ocalałych fragmentach są teraz otoczone prowizorycznymi płotami z informacją o zakazie wstępu. Te, które najmniej ucierpiały stoją obecnie wsparte o rusztowania i ogromne drewniane podpory. Ze smutkiem patrzę na ślady kataklizmu.
Durbar zmienił się ale Nepalczycy wierzą, że będzie piękny jak dawniej...
Serce Katmandu krwawi a rany są wciąż żywe, choć miejscami porosły już trawą….
Mijamy hinduskie pagody, strzeliste budynki sakralne z wielostopniowymi spadzistymi dachami. Mają maksymalnie pięć kondygnacji, najczęściej jednak tylko trzy.
Nepalscy hindusi jak widać lubią trójkę. Wierzą w trzech głównych bogów: Brama - twórca życia, Wisznu- ten co życie chroni i podtrzymuje oraz Siwa - bóg zagłady, nieuchronnego końca. Wszyscy tak samo ważni, wszyscy niezbędni dla odwiecznego cyklu samsary, ciągłego umierania i odradzania się, w drodze do bycia coraz lepszym.
Nepalscy hindusi jak widać lubią trójkę. Wierzą w trzech głównych bogów: Brama - twórca życia, Wisznu- ten co życie chroni i podtrzymuje oraz Siwa - bóg zagłady, nieuchronnego końca. Wszyscy tak samo ważni, wszyscy niezbędni dla odwiecznego cyklu samsary, ciągłego umierania i odradzania się, w drodze do bycia coraz lepszym.
Nepal to kraj głównie hinduistyczny, 80% mieszkańców wyznaje tę religię, około 10% stanowią buddyści. W niektórych rejonach kraju buddystów jest znacznie więcej, głównie z uwagi na tybetańskich uchodźców, których obecnie szacuje się tutaj na około 3 miliony. W Katmandu widzimy liczne stupy.
To buddyjskie, sakralne budowle przypominające kształtem kopiec z iglicą. Nie ma do nich wejścia, wewnątrz ukryte są zazwyczaj relikwie lub jakieś pamiątki po buddach i lamach. Dookoła stupy zawsze jest przejście. Widzę spacerujących ludzi. To element buddyjskiego rytuału. Stupę obchodzi się dookoła, im więcej razy tym lepiej i zawsze zgodnie z ruchem wskazówek zegara zbierając w ten sposób tzw. zasługi.
To buddyjskie, sakralne budowle przypominające kształtem kopiec z iglicą. Nie ma do nich wejścia, wewnątrz ukryte są zazwyczaj relikwie lub jakieś pamiątki po buddach i lamach. Dookoła stupy zawsze jest przejście. Widzę spacerujących ludzi. To element buddyjskiego rytuału. Stupę obchodzi się dookoła, im więcej razy tym lepiej i zawsze zgodnie z ruchem wskazówek zegara zbierając w ten sposób tzw. zasługi.
Zatrzymujemy się pod rozłożystym drzewem. Przewodnik zrywa jeden liść i pyta:
- Wiecie co to za drzewo?
Zadzieram głowę do góry. Pomiędzy liśćmi widzę promienie zachodzącego słońca. Przez łzy dostrzegam charakterystyczny kształt liści.
- To figowiec o nazwie bodhi, święte drzewo, pod takim Sidharta Gautama Budda doznał oświecenia. Na pamiątkę kształt jego liści stał się wzorem dla budowniczych każdej buddyjskiej stupy.
Podnoszę jeden liść z ziemi, podziwiam jego kształt i bez trudu odnajduję w nim buddyjską stupę wraz z iglicą. Znaleziony liść z drzewa bodhi zachowuję do Pamiętniczka.
Idziemy dalej. Przewodnik prowadzi nas do niewielkiego ogrodzonego placu, w centrum którego widnieją charakterystyczne czworoboczne schody.
- Tylko tyle zostało po jednej z najstarszych świątyń Katmandu. Pochodziła z XII wieku. W latach 70-tych była ulubionym miejscem hipisów, którzy siedząc na jej schodach śpiewali protest-songi i palili haszysz. Kolorowi, wolni, szczęśliwi upodobali sobie w tamtych czasach Thamel i pobliski Durbar - gdy przewodnik kończy swoją opowieść nie mogę oderwać wzroku od gruzowiska. Patrzę na ocalałe schody i myślę o przemijaniu….
W Katmandu mrok zapada wcześnie i nagle. Miasto nic sobie jednak z tego nie robi. Nadal na ulicach jest tłoczno. Ciemność rozświetlają uliczne latarnie a nieosłonięte żarówki rażą w oczy.
Przy świątyniach i ołtarzach gromadzą się wierni.
Robi się coraz chłodniej. Powoli zapełniają się kawiarnie i bary. Sklepikarze jak gdyby nigdy nic wciąż namawiają do zakupów i zapraszają do środka swych sklepów. Zapinam polar i otulam się szczelnie paszminowym szalem, potem zachodzimy do jednej z wielu kafejek. Wąskimi schodami spinamy się na ostatnie piętro budynku. Tu na tarasie zjadamy pyszną kolację. Wybieram tradycyjny nepalski posiłek.
Miasto powoli pustoszeje. Spoglądam w niebo. Nad Katmandu nie ma gwiazd. Nad miastem dzień i noc unosi się smog i okrywa wszystko swoim szarym płaszczem. Księżyc świeci nad nami niepokojąco blado.
Popijam "ginger lemon", gorącą mieszankę wrzątku, imbiru, sporej ilości cytryny i miodu. Jest mi dobrze. Patrzę w dół. Mój spokój psuje widok rozległego gruzowiska. Durbar to wciąż krwawiące serce Katmandu…
Popijam "ginger lemon", gorącą mieszankę wrzątku, imbiru, sporej ilości cytryny i miodu. Jest mi dobrze. Patrzę w dół. Mój spokój psuje widok rozległego gruzowiska. Durbar to wciąż krwawiące serce Katmandu…
Żal patrzeć na takie gruzowiska, jak miejsca cenne, którym poświęcono mnóstwo czasu i uwagi zostały zniszczone. Po przejściu takiej katastrofy widać jak mali jesteśmy w stosunku do sił natury i jak niewiele potrzeba by zmieść wszystko z powierzchni. Mimo zniszczeń szczególna jest tu wiara ludzi, że znów będzie pięknie. W podróżach lubię też odkrywanie takich ciągów zdarzeń: świątynie zbudowano na kształt liścia drzewa, pod którym Budda doznał oświecenia. Liczę, że kiedyś będę mogła również usiąść pod takim drzewem i będę mogła dostrzec tę zależność.
OdpowiedzUsuńDziękuję za komentarz. Dla mnie Katmandu miało dwa oblicza: bolesny obraz zniszczeń i strat spowodowany kataklizmem, widoczny na każdym kroku oraz ogromna siła ludzi, którzy zdawali sie żyć normalnie, często w naprawdę trudnych warunkach. Tak, człowiek wobec sił natury jest wyjątkowo mały, ale nasza wiara i nadzieja mogą uczynić nas naprawdę wielkimi. Pozdrawiam.
Usuń